Oprócz typowych Karolów i innych takich często na swojej studenckiej drodze spotykam ludzi, którzy wyobrażenie o pracy prawnika i (niestety) także o funkcjonowaniu sądów czerpią z amerykańskich seriali.
Nie będę ukrywać, sama jestem fanką takowych, kocham Harveya nad życie i często, zamiast się uczyć oglądam nowe odcinki Suits. Obejrzałam też wszystkie sezony The Good Wife (również amerykański serial o prawnikach, serdecznie polecam) i Ally McBeal, ale nigdy nie były one moim wyznacznikiem, jeśli chodzi o pracę prawnika.
Dlaczego? Dlaczego po skończeniu studiów nie miałabym widzieć siebie w biurze na szycie Q22, w garsonce za 5.000 i zegarkiem za kolejne tyle? Dlaczego nie miałabym czarować sędziów, załatwiać wszystkiego przysługami, które inni są mi dłużni i do każdej sytuacji mieć 146 wyjść? Bo u nas się tak nie da.
U nas po studiach trzeba iść na aplikację, której rok kosztuje 5.200 złotych (nie zapominajmy o tym, że żeby się dostać, trzeba zdać egzamin. Samo przystąpienie do niego kosztuje 1.000 złotych). Dla niektórych może być to mało, ale w niektórych miejscach w Polsce, aplikanci pracują na prawie pełen etat za 800 zł miesięcznie. Jak z takiej sumy opłacić mieszkanie, życie, a jeszcze do tego zapłacić składkę do izby? Praktykanci w kancelariach bardzo często nie dostają nic, darmowe staże to w tej branży normalka. Po 2-3 miesiącach może zaczną płacić i wtedy trzeba dziękować szanownemu panu mecenasowi, że zechce dać Ci 200 złotych za to, że pracujesz na 1/4 etatu. Nie raz przechodziłam załamanie, chciałam rzucić to wszystko w cholerę. Przecież nawet na kasie w Biedronce zarabiają lepiej, a nie kosztuje ich to tyle nerwów co te studia i praca.
Zdarza się, że takowy aplikant dorabia sobie jako np. kelner. Jest to zrozumiałe. Musi mieć z czego wyżyć, prawda? Jednak słyszałam o takich przypadkach, że o takim dorabianiu dowiedział się ktoś z Izby. I kończyło się to dla takiego aplikanta wyrzuceniem z aplikacji. Dlaczego? Bo przyszłemu prawnikowi NIE PRZYSTOI. Pracowanie za psie pieniądze tak, ale uczciwa praca za uczciwy pieniądz, już niekoniecznie.
Dlatego seriale, które tak kocham, czasem mnie dobijają. Mimo że są fikcją, bywają najbrutalniejszym zderzeniem z rzeczywistością i buldożerem dla moich marzeń. Kiedy oglądam Mike Rossa, który ma fotograficzną pamięć, ma wypasione mieszkanie, piękną narzeczoną i zarabia tysiące dolarów, chce mi się płakać. Ja nie potrafię zapamiętać, jakie są zasady tworzenia związków zawodowych, mieszkam z rodzicami, zostanę starą panną, a zarabiam tyle co, kot napłakał.
Więc dlaczego dalej w to brnę, czemu dalej studia prawnicze są tak bardzo oblegane? Bo ludzie mają swoje marzenia, które trzeba spełniać. Bo na te studia trzeba spojrzeć z szerszej perspektywy, a nie tylko stricte zawodów prawniczych. Bo jak się chce to można, tylko najpierw trzeba wiedzieć, co się chce i jak do tego dojść.
Nie będę ukrywać, sama jestem fanką takowych, kocham Harveya nad życie i często, zamiast się uczyć oglądam nowe odcinki Suits. Obejrzałam też wszystkie sezony The Good Wife (również amerykański serial o prawnikach, serdecznie polecam) i Ally McBeal, ale nigdy nie były one moim wyznacznikiem, jeśli chodzi o pracę prawnika.
Dlaczego? Dlaczego po skończeniu studiów nie miałabym widzieć siebie w biurze na szycie Q22, w garsonce za 5.000 i zegarkiem za kolejne tyle? Dlaczego nie miałabym czarować sędziów, załatwiać wszystkiego przysługami, które inni są mi dłużni i do każdej sytuacji mieć 146 wyjść? Bo u nas się tak nie da.
U nas po studiach trzeba iść na aplikację, której rok kosztuje 5.200 złotych (nie zapominajmy o tym, że żeby się dostać, trzeba zdać egzamin. Samo przystąpienie do niego kosztuje 1.000 złotych). Dla niektórych może być to mało, ale w niektórych miejscach w Polsce, aplikanci pracują na prawie pełen etat za 800 zł miesięcznie. Jak z takiej sumy opłacić mieszkanie, życie, a jeszcze do tego zapłacić składkę do izby? Praktykanci w kancelariach bardzo często nie dostają nic, darmowe staże to w tej branży normalka. Po 2-3 miesiącach może zaczną płacić i wtedy trzeba dziękować szanownemu panu mecenasowi, że zechce dać Ci 200 złotych za to, że pracujesz na 1/4 etatu. Nie raz przechodziłam załamanie, chciałam rzucić to wszystko w cholerę. Przecież nawet na kasie w Biedronce zarabiają lepiej, a nie kosztuje ich to tyle nerwów co te studia i praca.
Zdarza się, że takowy aplikant dorabia sobie jako np. kelner. Jest to zrozumiałe. Musi mieć z czego wyżyć, prawda? Jednak słyszałam o takich przypadkach, że o takim dorabianiu dowiedział się ktoś z Izby. I kończyło się to dla takiego aplikanta wyrzuceniem z aplikacji. Dlaczego? Bo przyszłemu prawnikowi NIE PRZYSTOI. Pracowanie za psie pieniądze tak, ale uczciwa praca za uczciwy pieniądz, już niekoniecznie.
Dlatego seriale, które tak kocham, czasem mnie dobijają. Mimo że są fikcją, bywają najbrutalniejszym zderzeniem z rzeczywistością i buldożerem dla moich marzeń. Kiedy oglądam Mike Rossa, który ma fotograficzną pamięć, ma wypasione mieszkanie, piękną narzeczoną i zarabia tysiące dolarów, chce mi się płakać. Ja nie potrafię zapamiętać, jakie są zasady tworzenia związków zawodowych, mieszkam z rodzicami, zostanę starą panną, a zarabiam tyle co, kot napłakał.
Więc dlaczego dalej w to brnę, czemu dalej studia prawnicze są tak bardzo oblegane? Bo ludzie mają swoje marzenia, które trzeba spełniać. Bo na te studia trzeba spojrzeć z szerszej perspektywy, a nie tylko stricte zawodów prawniczych. Bo jak się chce to można, tylko najpierw trzeba wiedzieć, co się chce i jak do tego dojść.

Dlatego ja aplikacji nie robiłam :) jakby smutno to nie brzmiało- nie stać mnie na nią.
OdpowiedzUsuń