Oprócz typowych Karolów i innych takich często na swojej studenckiej drodze spotykam ludzi, którzy wyobrażenie o pracy prawnika i (niestety) także o funkcjonowaniu sądów czerpią z amerykańskich seriali. Nie będę ukrywać, sama jestem fanką takowych, kocham Harveya nad życie i często, zamiast się uczyć oglądam nowe odcinki Suits. Obejrzałam też wszystkie sezony The Good Wife (również amerykański serial o prawnikach, serdecznie polecam) i Ally McBeal, ale nigdy nie były one moim wyznacznikiem, jeśli chodzi o pracę prawnika. Dlaczego? Dlaczego po skończeniu studiów nie miałabym widzieć siebie w biurze na szycie Q22, w garsonce za 5.000 i zegarkiem za kolejne tyle? Dlaczego nie miałabym czarować sędziów, załatwiać wszystkiego przysługami, które inni są mi dłużni i do każdej sytuacji mieć 146 wyjść? Bo u nas się tak nie da. U nas po studiach trzeba iść na aplikację, której rok kosztuje 5.200 złotych (nie zapominajmy o tym, że żeby się dostać, trzeba zdać egzamin. Samo przystąpienie d...